3) Relacja Paryz 2007
Paryż 2007
Najpiękniejsza stolica Europy, cudowne miasto zakochanych, stolica mody, miasto o niesamowitej atmosferze, do którego zawsze chce się wracać… takie opinie o Paryżu można przeczytać czytając przewodniki, słuchając wspomnienia ludzi i takie tam.

Kiedy siostra przysłała mi maila o treści „w załączniku masz bilet do Paryża – sprawdź czy się nie pomyliłam bo nie miałam czasu sprawdzić” stwierdziłem że takiej szansy zmarnować nie mogę. No i poleciałem. Najpierw oczywiście jak zawsze stres czy zdążę na lotnisko bo zapomniałem ze o 6 rano autobusy mogą nie być spóźnione ale… na szczęście były. OSTATNI RAZ DOBIEGAM DO AUTOBUSU NA LOTNISKO!!!
Kiedy już wsiadłem do samolotu zacząłem myśleć czy uda mi się w ogóle wydostać z lotniska i dotrzeć do Paryża nie znając słowa po francusku… Ale gdyby nie fakt że dołączyłem się do rodziny Polaków z którymi zwiedziłem dwa terminale i w końcu sam doprowadziłem do autobusu odbyłoby się chyba bez żadnego problemu.
Jestem w Paryżu
Bajera. Otwieram plan i szukam hotelu siostry – na szczęście w centrum. A wiec idę z buta – idę – idę – duże to centrum. Noc w hotelu 250 euro zapłaciła by firma siostry, ale śniadanie za 30 za które miałbym płacić sam to dla mnie za dużo. Dobrze że znałem kod do mieszkania cioci


Kolejne dwa dni to samotne wałęsanie się po ścisłym centrum i tzw. Szlagiery czyli Notre Dame, La Madeleine, Łuk Triumfalny, Luwr, Montmartre i coś co zrobiło na mnie największe wrażenie czyli Ste-Chapelle.

Jeśli chcecie dowiedzieć się cos o zabytkach to nie tu – odsyłam do przewodnika
Co najbardziej odczuwa się w Paryżu to niesamowita atmosfera. Na każdej uliczce pełno kawiarni z ludźmi patrzącymi na przechodniów, wspaniałe galerie handlowe piękniejsze od polskich teatrów,

a ja między tym wszystkim czułem się jak mróweczka pośród tłumu turystów z przewodnikiem w ręku.


W sobotę pojechaliśmy do Wersalu. Bardzo mi się podobało – jazda na rowerze po wielkim parku…

pałac też wielki piękny cudowny itp., ale szczerze mówiąc nastawiłem się chyba na coś bardziej niesamowitego. Na pewno wrażenia nie były adekwatne do legendy/stereotypu (?) jaki ma Wersal. Być może jest to kwestia nastawienia(?) ale nasz Książ zrobił na mnie dużo większe wrażenie.


Niedziela 29 Lipca; Paryż Pola Elizejskie Godzina 13… chyba tylko kompletny ignorant nie wie jeszcze o co chodzi… FINAŁ 94 LE TOUR DE FRANCE !!!!!! Ahhhhh…
Warto było tu przyjechać


Następne dwa dni bardzo nieoczekiwanie spędziłem z kuzynem który akurat w niedzielę wieczór przyjechał na kilka dni do Paryża. A że kiedyś tu studiował pokazał mi miasto nie tylko od tej przewodnikowej strony. A co najfajniejsze – z perspektywy rowerowego siodełka


I teraz czas wspomnieć o tym co mnie w tym mieście naprawdę zafascynowało – nastawienie na mieszkańca/turystę. Obserwując podjęte inicjatywy zorganizowania im wolnego czasu – począwszy od boiska do piłki plażowej na głównym placu przed budynkiem Merostwa (tutejszego ratusza), darmowych koncertów, różnego rodzaju pokazów, publicznych darmowych basenów, plaży z leżakami – wszystko przy nabrzeżu Sekwany, rozstawieniu w centrum miasta pryszniców żeby się schłodzić w upalne dni pomyślałem – szkoda że u nas nawet jeśli komuś by się chciało wyjść z taka inicjatywą, nawet gdyby ktoś za to zapłacił, nawet gdyby nikt tego nie zniszczył po pierwszej nocy, nawet gdyby ludziom się chciało w takich rzeczach uczestniczyć – i tak projekt upadłby szybciej niż można sobie to wyobrazić, bo przecież „nie wypada, aby na Krakowskim Rynku stanęło boisko, aby na nabrzeżach Wisły zrobić darmową plażę, basen czy organizować cotygodniowe koncerty – od razu zaczęły by się protesty, żale, skargi…” A szkoda.

O wspaniałym pomyśle zorganizowania systemu miejskich rowerów – wypożycza się za pomocą karty kredytowej gdziekolwiek, oddaje nawet na drugim końcu miasta w specjalnych postojach rozsianych po całym mieście w odległości nie większej niż 200 metrów nie wspomnę – gdyż w Polsce rzeczywiście system taki nie przetrwałby pewnie ani jednej nocy


W każdym razie dwa dni zwiedzania Paryża na rowerze to wspaniała przygoda – a do tego niezapomniana zupa w najlepszej wietnamskiej knajpie, czy najlepsze na świecie zapiekane krewetki u miejscowego chińczyka – mniam

W ostatni wieczór w lodówce znalazła się (dostępna w każdym sklepie) polska wódeczka
Długo się z kuzynem nie widzieliśmy więc było o czym rozmawiać… Rano nawet udało nam się wstać na tyle wcześnie, że mieliśmy wręcz za dużo czasu do autobusu – pomyślałem że coś tu nie tak… Ale co tam, stwierdziliśmy że na autobus pojedziemy rowerem… zwiedziliśmy 3 albo 4 postoje ale nigdzie rowerów już nie było! Okazało się, że metrem już tez będzie problem zdążyć, więc pozostała taksówka. (wrrr!!!) Ale taksówek nie było… nigdzie. A ja za 15 min mam autobus na lotnisko spod Opery. A więc wszystko wraca do normy. Dobiegamy do jakiegoś autobusu miejskiego i … dzięki Bogu! Jedzie pod Opere. Tylko czy zdążymy… Nie przesadzam – do autobusu znowu dobiegłem… OSTATNI K**** RAZ ! W międzyczasie kuzyn zdążył mi jeszcze powiedzieć jak to przepadł mu bilet do Tokio, ponieważ spóźnił się 2 minuty na regulaminową godzinę przed wylotem do odprawy. Mamy to w genach??? Ale ja już siedzę w autobusie. Za 45 min będę na lotnisku, a więc mam jeszcze 10-15 min zapasu. Luzik. Ale zaraz zaraz – kiedy zobaczyłem korek na autostradzie w przeciwnym kierunku przypomniałem sobie że kiedy jechałem z lotniska w to właśnie w stronę lotniska autostrada była ZUPEŁNIE ZAKORKOWANA…

Chyba za bardzo się przejmuje takimi rzeczami… zdążyłem. Jestem na lotnisku i mam jeszcze 15 minut. I autobus jedzie Terminal 2 ABDCEF… 1 AB…. i trwa to wieczność – a ja mam wylot z terminalu 3. Autobus już pusty i na terminalu 2 pisze terminal 3 Get off… Co jest grane? Zostało mi jakieś 7 minut… wysiadłem i podziękowałem Opatrzności że ten terminal już znałem – zwiedziłem zaraz po przylocie. I wiedziałem gdzie iść, w które metro wsiąść żeby przedostać się do mojego terminalu. No i na szczęście nie musiałem czekać w kolejce do odprawy bo zaraz jak przyszedłem zawołali mnie z kolejki do odprawy przy bramce „Buisness clas” A CO
Kiedy spokojnie dochodziłem do odprawy bezpieczeństwa wyprzedzili mnie jacyś ludzie, biegli, coś krzyczeli – przepuściłem ich oczywiście a oni pytają obsługi czy „Varsovia”? I pchają się do przodu. Ja spokojnie odpowiedziałem że też czekam na ten samolot. Jakieś nerwowe krzyki czy zdążymy, że już chyba za późno… A mieliśmy jeszcze prawie 10 minut do odlotu
hehe – czyli jednak są więksi histerycy niż ja

Ale jak zwykle największe zamieszanie w Polsce. Stewardesa w Warszawie mówi, że kto tranzytem 1 stop busa, kto kończy podróż jedzie do końca. Pytam grzecznie czy jeśli lecę dalej do Krakowa ale bagaż został nadany do Warszawki mam po niego iść czy nie? Miła pani z uśmiechem mówi „nie wiem:)”. Hmmm… Odebrałem bagaż i dzielnie próbuję się przedostać z nowego terminalu na terminal „3”. Wychodzę jedynym wyjściem na parking, są przyloty, są odloty a mój terminal nie istnieje. Ale Polska to kraj inteligentnych ludzi… Są przecież drogowskazy „terminal krajowy” i idzie się przez parkingi podziemne, krawężniki, barierki i co tam jeszcze… Ciekawe jak obcokrajowiec ma zrozumieć ze na okęciu terminal 3 to „terminal krajowy”. Może wysiądzie na przystanku „tranzyt”? Ale bagaż? Hmmm… W Polsce wszystko takie tanie…