1) Relacja: Indie & Pakistan 2006
Subiektywna
relacja z
wyprawy

Przygotowania trwały około półtora miesiąca. Początkowo oglądanie map, czytanie przewodników, później szczepienia, wyjazdy do wawy po wizy, na końcu pakowanie pakowanie i … jeszcze raz sesja. Zebrało się tego ponad 65 kg na dwóch i… dwie poprawki
1 lipiec 2006 roku – dzień moich 20
urodzin, ale co ważniejsze upragniony
dzień wyjazdu do Warszawy…
Lot do Moskwy, a stamtąd do Delhi.

O przesiadce w Moskwie nie będę się
rozpisywał, bo jedyna ciekawostka to
puszka coca-coli za 7 euro.
Lot do Delhi w nocy, nawet białych Himalajów, których szczyty miały być na wysokości samolotu widać nie było. Dopiero jak usłyszeliśmy po rosyjsko-angielsku, ze za 15 minut wylądujemy zacząłem bacznie patrzeć w dół.
Przetarłem oczy ze zdziwienia, zastanawiając się czy zupełny brak strachu przed wejściem do samolotu zemścił się na mnie i jako duch unoszę się nad gigantycznym cmentarzem na którym palą się miliony zniczy, czy tak właśnie wygląda 20-milionowa stolica Indii… Zrobiło mi się słabo, jednocześnie poczułem ochotę że jednak chyba chcę spadać… bynajmniej nie na dół – z powrotem, do domuuuu… Widok naprawdę niesamowity… po horyzont miliony światełek. A to miała być tylko marna część miasta, w której jest elektryczność. Wtedy byłem już pewny ze właśnie zaczyna się największa przygoda mojego życia.

Owszem, byłem przygotowany ze nasze polskie temperatury 30 stopni to „śmiech na sali”, ale szok termiczny jakiego doznałem przy przejściu z samolotu do „klimatyzowanego rękawa” na lotnisku był porównywalny do … nie, nie był do niczego porównywalny. Naprawdę ciepło tam było
Nie wiem jak opisać pierwsze wrażenia po wyjściu z lotniska… podobno trzeba było widzieć moje 3-krotnie większe oczy i otwartą gębe. 20-minutowa podróż „amabasadorem” (taksówka z reklamy kit-keta) była bez wątpienia najdłuższą chwila jaką przeżyłem na bezdechu.
Naprawdę nie wiem co pisać, jak się czułem. Zrozumiałem na pewno jakim zupełnym ignorantem byłem do tej pory. Bez pojęcia o świecie byłem – BEZ POJĘCIA! Obawiam się że takiego szoku już nigdy w życiu nie przeżyje… choćby dlatego ze jak będę starszy to dosłownie – nie przeżyje.

Pomyślałem sobie dobra- jest tu „inaczej” – teraz już będę patrzył, podziwiał i nic nie robi na mnie wrażenia. Uczę się wszystkiego od nowa.
Hehe, dalej byłem naiwny
Pomijając upał, który pomimo że /wydaje mi się nie panikuje na co dzień/ potrafił doprowadzić mnie do niekontrolowanej paniki – uczucia „dłużej już naprawdę nie wytrzymam” a jednoczenie poczucia „jestem w pułapce, nic nie zrobię, nie mam nawet gdzie się schować” czułbym się może nawet normalnie. Było mi wszystko jedno. Byle na północ, do Pakistanu, w góóóóry!!!

Krótki spacerek po mieście, pośród nieustających klaksonów riksiarzy, śmierdzących kilkudniowych zwłok psów, spasłych srających wszędzie świętych krowiszonów,

leżących miedzy tym ludźmi o obwodzie nóg połowę mniejszych od mojego nadgarstka, szukałem tylko sklepu z czymś do picia – czegoś plombowanego. Jeszcze raz pomyślałem – ja chcę w góry!.
Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego pod żadnym pozorem nie wolno pić wody nie plombowanej przez Nestle, nie tykać się surowych warzyw czy owoców, po myciu zębów przepłukiwać usta wodą „mineralną”.
O higienie i Indyjskiej służbie zdrowia wspomnę pewnie jeszcze nie raz.

No i nareszcie. Po dość szybkim znalezieniu naszego wagonu, spośród 60 (!!!) innych, sprawdzenia naszych nazwisk na wykazie pasażerów (no w końcu pierwsza klasa, rezerwowana 3 tyg wcześniej) i zajęciu miejsca ruszyliśmy na północ. Dworzec centralny opuściliśmy już około 30 minut temu, a za oknem widok cały czas taki sam: budowla przy budowli (dom nie byłby tu odpowiednim słowem) – pociąg przez ponad 50 minut wyjeżdżał z Delhi.

Czy możliwe ze miasto miało ok. 40 km długości w jedną stronę? W sumie około 80, bo przecież wyjechaliśmy ze środka… Po rozmowie z pewnym hindusem, który powiedział „oooo, Polska to chyba bardzo małe państewko?” – „Nie, ma blisko 40 mln ludzi” broniłem, odpowiedział: „to tyle co dwa Delhi”, stwierdziłem – chyba możliwe…
Całą noc przeleżałem bijąc się z myślami: „w Pakistanie musi być choć trochę normalniej” i „za miesiąc wracam do Indii i muszę tu jakoś spędzić kolejne 2 tygodnie” dotarliśmy do granicy, która za niewiele ponad godzinę miała zostać otwarta.

„Przejście graniczne” mające około 2 kilometrów długości, gdzie 13 razy należy pokazywać paszport, kilkukrotnie zdejmować plecaki, wypełniać druki w których nie wiadomo o co chodzi też było pewnego rodzaju nowym doświadczeniem
Ale w końcu udało się… jesteśmy w Pakistanie.

Zastanawia fakt, że granica pomiędzy dwoma „nie przepadającymi ze sobą państwami” czynna jest 5 godzin dziennie

Natomiast sama ceremonia zamknięcia trwa około godziny, przychodzą na nią tłumy widzów i rzeczywiście jest niesamowicie wyniosła.
Pierwszy „posiłek” uświadomił mnie – no rzeczywiście jest inaczej – „jedzenie” jeszcze bardziej pikantne… w sumie byłem w stanie wypić tylko coca-cole, choć i ona miała nieco inny smak.

O autobusie wyglądającym jak ciężarówka do przewozu świń, dworcu autobusowym w którym kierowcy biją się o klienta w Lahore, 6-cio godzinnej podróży autobusem trąbiącym przez 90% czasu ani o częstotliwości zatrzymań nie wspomnę.

O 22 dotarliśmy do stolicy Pakistanu – Islamabadu. W tak obskurnej klicie czyli hotelu z wyższej półki jeszcze nie spałem. Cały następny dzień przeleżałem modląc się, żeby wentylator znowu zaczął działać. Przerwa w działaniu (nie wiem czy oni maja przerwy w dostawie prądu czy przerwy w braku dostawy) dłuższa niż 10 minut oznaczała dla mnie śmierć.
Ciekawostką był SmS od Ery kończący się słowami „życzymy miłego pobytu w Tadżykistanie”, takie rzeczy to chyba rzeczywiście tylko w Erze

Kiedy wieczór udało się wsiąść do autobusu do Gilgit nie przerażała mnie nawet wizja 25-godzinnej podróży (może dlatego że jeszcze nie zdawałem sobie sprawy że będzie to jedna z największych przygód wyprawy). Ale opiszę ją dokładniej w drugą stronę…

Już w Gilgit okazało się, ze planowany trekking pod K2 jest praktycznie niemożliwy, ponieważ niezbędne pozwolenie zdobyć można JEDYNIE w Islamabadzie. Brawa dla autorów przewodnika National Geograhic. <cenzura>.

No ale w sumie 5000 dolarów za osobę za trekking to też troszkę więcej niż się spodziewaliśmy
Pierwszym i największym trekkingiem okazał się więc trekking pod Nanga Parbat (8126 m.n.p.m.).

10-kilometrowa droga w bok od KKH wynajętym jeepem była również niesamowitym doświadczeniem. W tym momencie muszę się jednak zgodzić z autorami przewodnika którzy piszą, że „po przebyciu tej zawieszonej między niebem a piekłem niezwykle emocjonującej drogi nigdy nie będzie się już tym samym człowiekiem”.

Miejscowi kierowcy mający wyłączność na drogę łączącą Raikot z Tatu (sami pomagali ją budować) zasługują na najwyższy szacunek.

Myślę że wrażenia większe niż po przebyciu drogi Napoleońskiej na południu Francji.

Po noclegu na Fairy Meadow (Baśniowa Polana) czekał nas trekking do bazy.

Wysokość ok. 4300 m.n.p.m. Widoki nie do opisania.
O naszych górskich przygodach nie będę się tu szerzej rozpisywał, ponieważ nie jest to głównym celem tej relacji

Napisze jedynie, że po Gilgit pojechaliśmy w dolinę Hunzy.

Spędziliśmy parę dni w Karimabadzie,
następnie dotarliśmy do Passu –
(Około 120 km do Chin.)

Po powrocie do Gilgit pojechaliśmy w końcu do Skardu. Turystyczne serce Himalajów, miasteczko otoczone prawdziwymi górami, niewiele (niestety) różni się od typowego pakistańskiego miasta.
Udało nam się jednak znaleźć hotel z pokojem ViaIPi. Nieprzyzwoity luksus – nazwa wzięła się ze „specjalnej instalacji sanitarnej”…

…nie no, bez przesady, nie było ciepłej wody, ale za to taki specjalny sedes na którym (UWAGA) można sobie usiąść!!! Bajerka była, hehe.
A na dodatek udało nam się znaleźć jeden sklep, z „chusteczkami na rolce” czyli z papierem toaletowym. Cena 1 rolki = 5 paczek papierosów, czyli nieco taniej niż w Polsce . Nawet karaluchów w pokoju prawie nie było. No i cudowna restauracja w której w końcu dało się cos zjeść. Frytki na zimno podawane z gorącym keczupem, zamawiany 6 razy ten sam kurczak, zawsze był zupełnie inny (raz nawet tak śmierdział że zwymiotowaliśmy zanim ugryźliśmy). Obrazowo powiem, że mój tata przez 5 dni nie zjadł NIC. Zupełnie nic.
Nie dało się.

Po zorganizowaniu przewodnika i jeepa pojechaliśmy do Kandee – malutkiej wioseczki która dopiero pokazała mi jak ludzie tutaj naprawdę żyją. Nie umiem tego opisać. Niestety :(.

W cieniu Masherbrum’a 7821 m.n.p.m. zrobiliśmy najtrudniejszy trekking w moim życiu.

O tym, że takie zatrucie żołądkowe można przeżyć doświadczyłem na własnej skórze. Wymiotowanie i rozwolnienie z częstotliwością 15 – 20 minut przez cale popołudnie, noc, i następny dzień na wysokości „troszke” wyższej niż Rysy naprawdę mogą wykończyć. Zejście do wisoki, bez żadnego obciążenia, które powinno trwać 1,5 godziny trwało ponad 6…

Nie wiem czy przetrzymałbym, gdyby nie to, że przez niewiarygodny przypadek w tej samej wiosce przebywało dwóch Niemców – lekarzy (himalaistów), którzy, nafaszerowali mnie antybiotykami i jak sądzę, uratowali życie
Aha. Słyszałem kiedyś że Pakistan jest siedzibą terrorystów, ale po przyjeździe zupełnie o tym zapomniałem. Dlatego jeszcze bardziej zdziwiła mnie duża przydrożna tablica informacyjna „Siedziba militarna Al.- Kaidy”. Co najmniej jakby to była jakaś organizacja rządowa. Może jest?
Po powrocie do Skardu naszym głównym planem było załatwić bilety lotnicze, bo na samą myśl o powrocie „by road” robiło się nam słabo. Niestety, pomimo kilku rezerwacji, zapewnień „wyższych urzędników” i zapłacie za bilety, okazało się że samolot nie przyleciał przez 4 dni z rzędu. Pytanie „dlaczego” nie jest tu na miejscu, gdyż myśląc racjonalnie – skąd obsługa sprzedająca bilety w Skardu ma wiedzieć dlaczego samolot nie wyleciał z Islamabadu. Eh ci europejczycy…

Wysłanie kartki do Polski też nie jest taka prostą sprawą. Najpierw mówią ci ile masz zapłacić za znaczek do Polski. Gdy chcesz wysłać następne kartki okazuje się, że cena jest wyższa. Z przerażeniem pytasz się czy dojdą jeśli wysłało się 10 kartek z tańszymi znaczkami, słyszysz, „to za mało, trzeba płacić więcej”. Płacisz więcej i żałujesz tamtych, które nie dojdą, po czym zapewniają, tamte też dojdą, chyba… No bo przecież na zdrowy rozsądek – skąd oni mogą to wiedzieć, czy w Islamabadzie przybiją stempel, ile kosztuje znaczek do europy i czy ktoś się tym wogóle zajmie.
W ostatnie popołudnie przed wyjazdem sympatyczny Pakistańczyk zaprowadził nas do super restauracji. 52 rodzaje kurczaka w menu…

Wracajmy do Indii… proszę!
Ale najpierw „pożegnalna podróż”
Tak jak wspomniałem, o KKH (Karakorum Highway) muszę napisać trochę więcej

Przekonałem się jak “zwykła” podróż może zmienić człowieka. Trasa Skardu-Rawalpindi - 750 km czy jak kto woli 25- godzinna podróż z pewnością wyryła trwały ślad w mojej psychice. Podroż ta sprawiła ze nigdy juz nie będę narzekał na stan polskich dróg… Nigdy tez nie będę miał pretensji ze ktoś mnie niesłusznie strąbił
Tutaj na ciężarówkach mają wielkie napisy “Please horn”.

To chyba zaszczyt, a podstawowym tuningiem autobusu, jest zamontowanie kilkunastu rodzajów klaksonów. Naprawdę głośnych. Na początku nie byłem świadom ile tracę, ze początek podróży przebiegał w nocy.
Co prawda trzęsło tak samo jak w dzień (czyli półmetrowe skoki były normą), wstrętna indyjska (!!!) muzyka tez grała non stop (no, może było trochę mniej prywatnych bunboksów;), ale dopiero w dzień zacząłem porządnie obserwować drogę… i do samego końca nie potrafiłem zobojętnieć. Zrozumiałem ze napisy “Wish you safe jurney” nie są chęcią przypodobania się turystom, lecz ostrzeżeniem przed jeszcze węższym, wyboistym albo bardziej eksponowanym fragmentem “autostrady”. Natomiast ograniczenia prędkości pt. “slow” mijane w podskokach z prędkością światła do końca powodowały szybsze bicie serca.

Najgorszym uczuciem była bezsilność jaka mnie ogarniała gdy pomimo ogromnego pragnienia i trzymania w ręce butelki z woda, nie dało się napić, bo każda próba była obarczona 99% szansa powybijania sobie wszystkich zębów i urwania nosa.
Co do ceny biletu - 40 zł… dalej mam mieszane uczucia. Jeśli wziąć pod uwagę komfort podroży, stan dróg, czy stan techniczny “pojazdu” którego świadomie nie nazywam autobusem, nie byłaby warta 40 kolumbijskich pesos… Lecz jeśli patrzeć na 25-godzinna dawkę adrenaliny, to Amerykanin - nie byłby w stanie zapłacić za nią nawet karta MasterCard

Może zastanawia Was średnia prędkość 30 km/h. Sam nie wiem jak to wytłumaczyć - nie chce zrzucać winy na stan dróg, bo przecież miejscami był nawet asfalt. Wiem natomiast ze nawet przy takiej prędkości mijanie na 3 metrowej drodze szerokiej na 4 metry ciężarówy jest nie lada przeżyciem… szczególnie jeśli jedzie się od tej strony hmmm “niczego”
Właściwie to dalej nie jestem pewien czy panuje tam ruch prawo – czy lewo stronny, bo mijają się tak jak komu psuje. Nie ma też zasady, że jeździ się swoim pasem. No chyba, że wyniesie na zakręcie.
Nie myślałem że z takim utęsknieniem będę wracał do Indii…

Teraz tylko obserwowałem i próbowałem „zaakceptować” zachowania tych ludzi. Gdybym chciał się zastanawiać nad kulturą zachowaniami i zwyczajami, to by mi się chyba mózg zjarał. Zresztą wrażeń i tak wystarczyło żeby tylko obserwować. Nie jestem w stanie przekazać wrażeń choćby w najmniejszym stopniu, dlatego opiszę tylko w skrócie naszą podróż, kilka typowych sytuacji i zachowań tubylców.
W Amritsarze zwiedziliśmy piękną Złotą Świątynie, po czym całą noc jechaliśmy do Delhi. Kiedy wieczór odwieźliśmy tatę na lotnisko, zarówno dla mnie jak i dla siostry, wizja powrotu na ojczyzny łono była tak odległą i nierealną mrzonką, że chyba nie do końca dotarło do nas, że za 24 h można być już w zupełnie innym i niesamowitym świecie (w Polsce). Nas tymczasem czekał dwutygodniowy objazd Rajasthanu.


Najpierw typowa rozmowa z kierowcą (biorąc pod uwagę, ze ok. 60% hindusów to analfabeci, też możemy nie umieć czytać „rozkładu jazdy”…):

Pytam hindusa: dokąd ten autobus?
odpowiada, jakby doskonale zrozumiał:
odpowiada, jakby doskonale zrozumiał:
-yes!!!
-ale czy jedzie do puszkaru?
odp: -pushkar!!! (promienny uśmiech)
-bezpośrednio?
-yes.
-musze się przesiadać
-ale czy jedzie do puszkaru?
odp: -pushkar!!! (promienny uśmiech)
-bezpośrednio?
-yes.
-musze się przesiadać
w Ajmerze?
-yes, Pushkar another bus.
-yes, Pushkar another bus.
Jesteśmy w Jaipurze.
Dopiero tu doceniłem, co to znaczy zaprojektowane miasto! Jaipur nie ma chyba żadnej logicznej struktury czy schematu zabudowy, ciągnie się kilometrami i w każdym miejscu, poza starym miastem, które wyróżnia się kolorem (wszystkie domy są różowe, a raczej łososiowe) wygląda tak samo. jednakowe, byle jakie domy lub budy, jedna obok drugiej, miedzy nimi ludzie, auta, ulice, krowy, stragany i co tam jeszcze.

Jazda przez miasto może trwać godzinami i wtedy dopiero widać, jak wielkie ono jest! 3 miliony ludzi, ale nie ma prawie żadnych piętrowych budynków, przez to powierzchnia jest jeszcze większa. Patrząc na mapie Indii nie uświadomiłem sobie, ze Jaipur jest 2 razy większy od Warszawy, bo nazwa napisana jest czcionka odpowiadającą wielkością tej używanej do opisania mieściny wielkości np. Skoczowa na mapie polski.
Po kolejnym zatruciu żołądkowym zacząłem się zastanawiać czy do tego brudu smrodu i gnoju można się przyzwyczaić i przystosować?

Ameba, przed którą tak wszędzie ostrzegają w Polsce uważana jest za dość niebezpieczną chorobę (min miesiąc pobytu w szpitalu, a wyleczyć do końca podobno się nie da).
Tu, dostaje się na nią tabletki, bez recepty, bez ulotki dołączonej do opakowania, ani nawet bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą
Albo się uda od-truć, albo nie - pacjent był słabszy niż przewiduje średnia krajowa[*]. Ale nie ma się co dziwić, tu nie ma czegoś takiego jak służba zdrowia. Jeśli jednodniowy pobyt w szpitalu kosztuje więcej niż średnia pensja, jak ma ich na to być stać? Powoli rozumiem dlaczego średnia długość życia to mniej ni 40 lat… Przykre to wszystko.
Jedziemy do Jaisalmeru. Na prawdziwe safari. Wreszcie będzie trochę spokoju i będzie można odpocząć. (tak sobie pomyślałem)…

Po ustaleniu planu safari, przyszli przewodnicy. Bardzo grzeczny Pan po pewnym czasie z błyskiem w oku zapytał:
- Gdzie pracujecie?
- Jesteśmy studentami…
- Skąd macie pieniądze na taką podróż?
- To wakacje, rodzice nas utrzymują…
- Kim są wasi rodzice?
Nie zrozumieliśmy na początku o co chodzi…
-Tata pracuje…
- W rządzie Polskim?!?!?!
- nie…
- Ma jakąś międzynarodową firmę?
- nie…
- To jak to możliwe ze stać Go, żeby wysłać dwójkę dzieci na takie „wakacje”?
- yyy… Strasznie głupio się można poczuć. Oni na bilet lotniczy musieliby pracować chyba z 20 lat.

Pojechaliśmy… pogoda jakaś taka dziwna, nasi “przewodnicy” z zaciekawieniem patrzyli na powstające wiry piaskowe ale tajemniczo nic nie mówili. Wielbłądy jeszcze nie wróciły, więc pojechaliśmy terenówką na wydmy. Po chwili zaczął padać tak niesamowity deszcz, że czegoś takiego w życiu nie przeżyłem. Na początku super przygoda, ale po 10 min okazało się że ciężko jest wrócić do auta.
Taka ulewa i wiatr, że nie dało się iść! Podobno deszczu nie było tam od 5 lat, a takiej ulewy nikt nie pamięta. Teraz zrozumieliśmy dlaczego przewodnicy byli tacy przerażeni. To był ostatni moment żeby wrócić na nocleg. Okazało się że CAŁA pustynia to jedno wielkie jezioro. NIEWIARYGODNE!!! Wszystko tak suche, a ani kropla wody nie wsiąkła. Powrót do wioski to niesamowite przeżycie. Jazda po wieeeeeelkim jeziorze, w którym nie widać gdzie są dziury, gdzie kamienie… 5- metrowe skoki były normą, a do tego kierowca przyznał się że pierwszy raz prowadzi auto w deszczu

Ale jakoś się udało. Kompletnie mokrzy, bez ciuchów na przebranie, z zalanymi paszportami i biletami do Polski dotarliśmy do szkoły (nasze miejsce noclegu).
Przez okno obserwowaliśmy ładnego węża, który leżał ok. 2 metry od nas. Zapytaliśmy przewodnika co to za wąż. Podskoczył, wydarł się na cały głos i wyskoczył na zewnątrz. 3 facetów zabiło węża po czym drżącym głosem powiedzieli, że ten wąż potrafi zabić wielbłąda. Człowiek nie ma szans. Z otwartymi oknami poszliśmy spać.
Po obfitym deszczu okazało się że wszyscy mieszkańcy wiosek świętują – cieszą się, że być może cos uda im się uprawić. Święto polegało na tym, ze każdy jadł i pił do syta. Średnio po 2 kilo mąki i wody… Nic więcej nie mieli. Chyba dopiero wtedy tak naprawdę doceniłem jakim cholernym szczęściarzem jestem…
I zrozumiałem słowa „we are lucky that we have more we need to be happy”…

Rano pojechaliśmy na safari, przepiękne widoki… a mi się zepsuł aparat ……….. <cenzura>!!! Uczy się człowiek dystansu i opanowania ;p
Po powrocie do Jaipuru wybrałem się (niestety sam) do Agry – ok. 300 km. Trochę się bałem, gdyż następnego dnia musiałem wrócić, żeby zdążyć na samolot, a znając już trochę zwyczaje tu panujące niczego nie można być pewnym, jednak zaryzykowałem.

Po zwiedzeniu mauzoleum oraz czerwonego fortu, musiałem wrócić. I oto fragment rozmowy z kierowcą, który może potwierdzić słuszność moich obaw:
-”To where want go, maan?”
(a może “to where WON`T go…” skąd mam wiedzieć)
(a może “to where WON`T go…” skąd mam wiedzieć)
-Jaipur.
- Jaipur good, at 6 p.m.
-czy Jaipur to końcowy przystanek?
-yes (cień niepewności)
-Dokąd jedzie ten autobus?
-go Delhi (znowu cień niepewności)
-o której będziemy na miejscu?
-in five minutes only !!! (akurat…. wskazał na autobus, który wyglądał, jakby zaraz miał odjeżdżać)

Dzień przed odlotem poznałem bardzo sympatycznego hindusa, który poprosił o przewiezienie do jego koleżanki w Polsce prezentu. Gdy zawiózł mnie do swojej willi :ShocK: okazało się że mam wziąć całą paczkę i dostanę za to 5 tys euro. Byli „troszke namolni” i nie chcieli mnie wypuścić. Wypuścili, gdy obiecałem że wrócę. Później mnie śledzili.

W szczegóły wchodzić nie będę, ale naprawdę się bałem. Dopiero wtedy przypomniały mi się słowa z przewodnika „pod żadnym pozorem nie zgadzać się brać jakiekolwiek paczki”. To bardo typowa metoda przemytu. Za przemyt są dwie kary: śmierć lub dożywocie. Miesiąc w ich więzieniu = śmierć.
ŻYJĘ.
Dla mnie wyprawa do Indii i Pakistanu była niesamowitym przeżyciem. Uświadomiła mnie ile ludzi na świecie żyje w skrajnym ubóstwie, jest im ciężko a jednocześnie są szczęśliwi. Nie znają takiego uczucia jak zazdrość, czy zawiść. Widząc różnicą między poziomem życia tam, a u nas, stwierdzam, że żałosne jest nasze zapatrzenie na zachód „na tych co mają więcej”… Do myślenia daje też fakt, że tylko w samych Indiach żyje więcej ludzi niż w Europie i Ameryce…

Mówią że Indie można albo pokochać od pierwszego wejrzenia, albo znienawidzić do końca życia. Ja jak zwykle jestem inny, popadam w skrajności.


A oto plan naszej podróży:

Czyta ktoś jeszcze? Tak myślałem…
